środa, 16 listopada 2016

Dzień 12/ 19.10/

Wczoraj mieliśmy obóz  na 4700 , w nocy było bardzo  zimno/ koło - 10/.
Na szczęście  Marek daje mi na noc swoją kurtkę puchową ,  bo inaczej byłoby marnie.
Mam śpiwór  puchowe pożyczone z agencji , ale jest marnej jakości i jeszcze do tego rozmiar XXL, nie jestem w stanie w nim się zagrać ,  choć śpię we wszystkich swoich ciepłych rzeczach.Niestety jestem teź wielki zmarźlak. Oprócz temperatur , w ogóle  marnie się śpi na takich wysokościach. Ciśnienie wynosi prawie połowę tego co w Polsce , bo ok 550- 600.
Wychodzimy późno , bo czekamy na słońce ,  dziś przekraczały następną  przełęcz Nangdalala 5350m.A klimatyzacja juź działa , bo idzie mi się dobrze, po drodze widziałam blue sheeps/ błękitne  owce/ popularne pow 4 tys.Najczęściej idę sama , Marek z Asmanem , a ja pomiędzy nimi i tragarzami.
Ale żeby ktoś nie myślał  , że  taka przełęcz  to" bułka z masłem", idzie się  tu krok za krokiem, najważniejsze źeby był  równy oddech i bez pośpiechu .
Za przełęczą  niespodzianka, stok zaśnieźony i oblodzony,  wiatr paskudnie zimny.Jedna z turystę przechodzących w przeciwną stronę , pokazuje mi podobno bezpieczniejsze przejście . Dobrze źe mamy kije, jakoś daję sobie radę i bezpiecznie schodzę.Musimy zejść prawie 1000m do Shey Gompa.
Niźej juź przyjemnie , cieplutko , słońce.Przychodzimy koło 16, tragarze gdzieś 1 godz później.
W międzyczasie grzejemy się herbatą ,  u miejscowej gospodyni.

 Blu sheeps
 niby nic , ale wysokość robi swoje
 przełęcz  z drugiej zaśnieźony strony
Zejście  do Shey Gopma

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz