Wczoraj mieliśmy obóz na 4700 , w nocy było bardzo zimno/ koło - 10/.
Na szczęście Marek daje mi na noc swoją kurtkę puchową , bo inaczej byłoby marnie.
Mam śpiwór puchowe pożyczone z agencji , ale jest marnej jakości i jeszcze do tego rozmiar XXL, nie jestem w stanie w nim się zagrać , choć śpię we wszystkich swoich ciepłych rzeczach.Niestety jestem teź wielki zmarźlak. Oprócz temperatur , w ogóle marnie się śpi na takich wysokościach. Ciśnienie wynosi prawie połowę tego co w Polsce , bo ok 550- 600.
Wychodzimy późno , bo czekamy na słońce , dziś przekraczały następną przełęcz Nangdalala 5350m.A klimatyzacja juź działa , bo idzie mi się dobrze, po drodze widziałam blue sheeps/ błękitne owce/ popularne pow 4 tys.Najczęściej idę sama , Marek z Asmanem , a ja pomiędzy nimi i tragarzami.
Ale żeby ktoś nie myślał , że taka przełęcz to" bułka z masłem", idzie się tu krok za krokiem, najważniejsze źeby był równy oddech i bez pośpiechu .
Za przełęczą niespodzianka, stok zaśnieźony i oblodzony, wiatr paskudnie zimny.Jedna z turystę przechodzących w przeciwną stronę , pokazuje mi podobno bezpieczniejsze przejście . Dobrze źe mamy kije, jakoś daję sobie radę i bezpiecznie schodzę.Musimy zejść prawie 1000m do Shey Gompa.
Niźej juź przyjemnie , cieplutko , słońce.Przychodzimy koło 16, tragarze gdzieś 1 godz później.
W międzyczasie grzejemy się herbatą , u miejscowej gospodyni.
Blu sheeps
niby nic , ale wysokość robi swoje
przełęcz z drugiej zaśnieźony strony

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz